Tag Archives: samorząd

Taka piękna katastrofa!

Miały być: chleb, praca i dobrobyt. Dla całego powiatu. Są: niesmak, kompromitacja i wstyd. Na całą Polskę.

Kolorowe marzenia o lotnisku w Oleśnicy roztrzaskały się o szarą rzeczywistość. Klamka zapadła w poniedziałek, 25 listopada, kiedy to Rada Powiata przegłosowała uchwałę o definitywnym zakończeniu lotniskowego projektu i zwróceniu nieruchomości z powrotem do Agencji Mienia Wojskowego. Oficjalny powód – prozaiczny: zbyt duże nakłady finansowe.

Przypomnę tylko, że ja, jako pierwszy – w maju 2011 roku – odważyłem zadać pytanie, jakie będą koszty tego przedsięwzięcia i czy powiat oleśnicki będzie w stanie takie obciążenia finansowe udźwignąć. W ramach odpowiedzi  zostałem po żołniersku zrugany przez jednego z inicjatorów tego projektu. Jak się później okazało, i tak miałem szczęście, że zostałem potraktowany w miarę ulgowo. Bo gdy nad lotniskiem zaczęły się gromadzić czarne chmury, owemu inicjatorowi puściły hamulce i bez refleksji pluł na oślep, nie przebierając w słowach. Jeździł (bo przecież nie latał) po wszystkich i wszystkim, co miało cokolwiek wspólnego z Urzędem Lotnictwa Cywilnego, oleśnickimi samorządami i lotniczą spółką. A po prezesach tej spółki – w szczególności.

Teraz wydawać by się mogło, że powinienem mieć satysfakcję, że projekt lotniskowy upadł. Otóż NIE MAM. Bo naprawdę chciałem, żeby Politechnika Wrocławska przeniosła do Oleśnicy swój ośrodek badawczy; bo naprawdę chciałem, żeby w Oleśnicy pojawili się nowi inwestorzy; bo naprawdę chciałem, by w Oleśnicy łatwiej było znaleźć pracę. A takie wizje roztaczały przed nami wszystkimi osoby odpowiedzialne za ten projekt. Miał być skok cywilizacyjny. Miało być rozwojowo, innowacyjnie, z rozmachem. ODRZUTOWO!

Nie jest mi do śmiechu jeszcze z innych, dużo bardziej złożonych powodów. Oto bowiem casus lotniska obnażył słabości oleśnickich samorządów.

Po pierwsze: zabieranie się za projekt, przepraszam za wyrażenie, od du*y strony. Kompromitująca amatorka! Biznesplan? Jaki biznesplan?! Powołamy prezesa, on przygotuje biznesplan! Koncepcja zagospodarowania?! Koncepcje są dla mięczaków! Teraz idziemy na żywioł, a o kasę pomartwimy się później!

Po drugie: brak realnej oceny własnych możliwości. Przede wszystkim finansowych. W sytuacji, gdy powiat z trudem utrzymuje szpital, gdy zadłużenie powiatu sięga dozwolonego progu, lotnisko NIE MOŻE BYĆ inwestycją pierwszej potrzeby.

Po trzecie: SPL-O. Niejasne i nieuregulowane relacje z SPL-O. Przez długi czas Starostwo pozwalało, by stowarzyszenie wchodziło na lotnisko jak do siebie, a później stowarzyszenie podniosło raban, że TYYYYYYLE zrobiło dla lotniska, a teraz się ich wyrzuca. Od początku trzeba było postawić sprawę jasno: powiat jest GOSPODARZEM i rządzi po gospodarsku, a SPL-O jest GOŚCIEM. Wspiera, ale nie wchodzi w kompetencje urzędników/prezesów.

Po czwarte: przedziwna niechęć do współpracy w imię wyższych celów. I to pomimo wcześniejszych deklaracji. I to deklaracji złożonych PUBLICZNIE i NA PIŚMIE! Ewidentnie zabrakło współpracy gminy i miasta z powiatem, zarządu powiatu ze starostą, starosty ze stowarzyszeniem, stowarzyszenia ze spółką, spółki z mediami. I w drugą stronę.

525ba12c5661e_o

11 września 2012. Moment podpisania deklaracji współpracy przez władze Gminy Oleśnica, miasta Oleśnica oraz powiatu oleśnickiego. /źródło: olesnica.naszemiasto.pl/

Po piąte: do oleśnickich samorządów dostają się ludzie niesłowni, którzy nie poczuwają się do odpowiedzialności za swoje słowa i czyny przed swoimi wyborcami. Ludzie, którzy bez mrugnięcia okiem obiecują 1000 miejsc pracy, a później z rozbrajającą szczerością dodają, że „marzyć trzeba”. I do tego hipokryci, którzy najpierw publicznie deklarują współpracę nad ambitnym projektem, a później siedzą z załóżonymi rękami i przyglądają się. Panowie – słowo gentlemana jest święte – jeśli coś się komuś obiecało, wypadałoby dotrzymać słowa; a jeśli nie macie zamiaru się angażować, to może lepiej byłoby żadnej deklaracji nie podpisywać? W dodatku pełno jest takich, którzy najpierw zagłosują za projektem, by po roku przyznać, że ów projekt był zbyt ambitny i go zarzucić. W każdym przypadku – zero odpowiedzialności.

Po szóste: kompletna bezradność w przyciąganiu inwestorów. Od samego początku trąbiono, że będzie Politechnika, że będzie montownia odrzutowców. A pozostali inwestorzy – na samą wieść o lotnisku – będą dobijać się drzwiami i oknami… No więc nie ma ani Politechniki, ani montowni odrzutowców. Nie ma niczego.

Teraz, gdy nie ma już lotniska, na horyzoncie pojawia się nie-lotniczy inwestor, który gotów jest wyłożyć okrągły MILIARD EURO. Który zjada niedoszłych lotniskowych inwestorów na pierwsze śniadanie. Aż boję się pomyśleć, że może to być tylko gra, w której graczami są samorządowcy, a pionkami – wyborcy. Ta gra się nazywa „KAMPANIA WYBORCZA”.

Mimo wszystko, mam nadzieję, że tak nie jest… Pukam w niemalowane!

Nieomylność zobowiązuje

Nieomylność zobowiązuje. Sam Nieomylny jest zobowiązany do emanacji swoją nieomylnością i do trwania w tejże. Do zadań jego Dworu należy: a) Nieomylnego w trwaniu w swojej nieomylności utwierdzać, b) nieprzekonanych przekonywać, c) wątpiących prostować, d) siebie nawzajem w wierze w Nieomylnego umacniać i pokrzepiać. Źródłem wszelkiego światła jest Nieomylny – Dworzanie mogą, co najwyżej, błyszczeć światłem odbitym.

Jest jeszcze jeden dogmat: Nieomylny, nie dlatego jest nieomylny, by można było z nim dyskutować. Nieomylność nieomylnego nie podlega żadnej dyskusji. Kropka.

Doskonale przekonał się o tym pewien Dworzanin, który odważył się zakwestionować nieomylność Nieomylnego. Po siedmiu latach trwania w „dworskim” letargu, nagle się ocknął, przejrzał na oczy i stwierdził, że tak dalej być nie może.

Niestety, dworzanin, który dopuszcza się tak rażącego łamania dworskich manier i obyczajów, który podaje w wątpliwość dogmat o nieomylności Nieomylnego, musi liczyć się z banicją i ostracyzmem ze strony pozostałych członków Dworu. Były już Dworzanin zrezygnował ze zobowiązania do świadczenia dobrowolnych i spontanicznych pochwał pod adresem Nieomylnego.

Tak więc, Staszku, w kontraście do nieomylności Nieomylnego, Ty teraz możesz emanować i epatować swoją niezależnością. Wszem i wobec, na lewo i prawo… Tego już Ci nikt nie odbierze. Ale mam tylko jedno pytanie: DLACZEGO DOPIERO TERAZ??!! Przez całych 7 lat sprawowania mandatu i trwania w tzw. Porozumieniu Radnych nie zauważyłeś, że nikt nie liczy się z Twoją opinią? Czy przez te 7 lat nie przeszkadzało Ci to, że dawałeś sobie narzucić zdanie, z którym się nie zgadzałeś?

Poza tym, Staszku, nie wiem czy zdajesz sobie sprawę, że w niezbyt komfortowej sytuacji postawiłeś swoich byłych kolegów z organizacji partyjnej… Ich młodsi koledzy też złożyli projekt uchwały (w sprawie budżetu obywatelskiego) do Przewodniczącego Rady Miasta, też zgodnie z regulaminem i procedurami. A Przewodniczący Rady Miasta – zapewne zapatrzony w Nieomylnego – ów projekt wyrzucił do kosza, tłumacząc, że obecny budżet Oleśnicy jest już WYSTARCZAJĄCO OBYWATELSKI. Jak na taką decyzję zareagują starsi koledzy z partii? Albo pokażą pazur, albo – trwając w wierze w dogmat o nieomylności Nieomylnego – położą uszy po sobie i z pokorą przeproszą za wyskok młodszych kolegów…

Cóż, Panowie z PO: chcieliście się odróżniać? Lepsza okazja może się już nie przytrafić…

chuck_norris

Komputery, a czynnik ludzki

349698_4521

Źródło: sxc.hu

Komputery są wszędzie. Moi studenci nie wyobrażają sobie studiów bez komputera. Do tego stopnia, że bardziej wierzą komputerom, niż we własne możliwości.  Jednym z najprostszych zadań, które studenci muszą wykonać w ramach laboratorium z fizyki jest wyznaczenie masy/gęstości aluminiowego elementu. Wiele już razy zdarzało mi się sprawdzać sprawozdania, w których masa takiego elementu – niewielkiej, sześciennej kostki – według studenta – równa jest masie średniej wielkości planety. Po czym student zaskoczony pytaniem „A skąd Ty człowieku masz ten wynik?!”, z rozbrajającą szczerością oznajmia „NO PRZECIEŻ KOMPUTER TAK POLICZYŁ!!!”.

Wtedy zwykle próbuję wytłumaczyć biedakowi, że owszem komputer jest w stanie policzyć wszystko… czasem nawet poprawnie… ale pod jednym, niezwykle istotnym warunkiem: że umie się z komputera korzystać i że dane wejściowe, na podstawie których oblicza wynik końcowy, są prawidłowe i są wprowadzane również w sposób prawidłowy. Trochę to trwa, zanim student załapie, ale prędzej czy później mogę się chwalić kolejnym sukcesem dydaktycznym…

To z życia wzięty dowód na to, że współpraca na linii komputer-człowiek jest czasami utrudniona, ale zazwyczaj możliwa… O tym, że łatwo nie jest przekonał nas wszystkich Skarbnik Miasta, przyznając – trochę nie wprost – że instrukcje obsługi komputera są pisane w sposób cokolwiek nieprzystępny…

Nie dalej jak wczoraj obiegła Oleśnicę wiadomość, że Prezes spółki Lotnisko Oleśnica sp. z o.o. w dokumentach przekazanych Starostwu domaga się podwyżki… Jednak w rozmowie z redakcją portalu przyznał: „To jest błąd drukarski, albo Excel coś wyrzucił. Powiedział to prezes spółki, której ambicją jest stworzenie w Oleśnicy ośrodka naukowo-badawczego… Z całym szacunkiem, ale tym jednym krótkim zdaniem Pan Prezes ostentacyjnie pomija czynnik ludzki. Według Pana Prezesa to oczywiste, że pomylił się komputer, nie człowiek, i tak naprawdę nikt żadnej podwyżki się nie domaga. Albo domagał się jej komputer – nie człowiek.

O ile Pan Prezes założył, że sztuczna inteligencja jest zawodna, to już Przewodniczący Rady Miasta przyjął postawę zgoła odmienną: myli się człowiek. Maszyna? Nigdy!!! Otóż na łamach innego portalu pokazuje radnym, którzy domagają się niższych stawek opłaty śmieciowej, w jak wielkim są błędzie. Błędzie, o którym poinformował go w dniu 11 września 2013 roku program komputerowy o zacnej i wpadającej w ucho nazwie „Odpady – podatki i opłaty”. Tak stwierdził komputer i inaczej być nie może! Co z tego, że tak naprawdę wszystko zależy od algorytmu użytego przy tworzeniu tego oprogramowania; od predefiniowanych stałych czy też zmiennych wprowadzanych z klawiatury… przez człowieka! O takich drugorzędnych szczegółach Pan Przewodniczący nawet nie raczył był poinformować. Stanowisko Przewodniczącego brzmi: komputer ma rację, myli się każdy, kto twierdzi inaczej!

Cóż… O ile w przypadku moich studentów jest szansa na ich „naprostowanie” – są to ludzie młodzi, zazwyczaj wyuczalni… Wciąż mają przed sobą całe życie zawodowe, więc ich rokowania są wciąż pomyślne. O tyle w przypadku emerytowanego nauczyciela, doświadczonego, od kilkunastu już lat kierującego organem samorządowym, ślepo wierzącego w nieomylność Nieomylnego i przekonanego o wyższości komputera nad ludzkim umysłem, nie widzę już nadziei.

Z pewnością jednak taką nadzieję przyniosłaby zmiana Przewodniczącego…

Czy Dąb Dragonów zostanie ścięty?

Zainicjowana przez Stowarzyszenie Dla Oleśnicy sprawa pomników przyrody ciągnie się już ponad rok. Zaczęło się od Dębu Dragonów i głównie tego drzewa będzie dotyczył ten wpis.

Nie chcę przynudzać, bo korespondencja z Prezydium Rady Miasta w tej sprawie jest już dość obszerna, nie mniej jednak ostatnie wydarzenia pokazują, że ani Przewodniczący Rady Miasta, ani jego zastępca, ani Burmistrz Oleśnicy, ani jego pracownicy zupełnie nie liczą się ze zdaniem mieszkańców (swoich potencjalnych wyborców!). Co więcej: nie liczą się z opiniami specjalistów i konsekwentnie uprawiają swoją „politykę”. A mieszkańcy i specjaliści tylko im przeszkadzają…

Najpierw krótkie kalendarium całej sprawy wraz z dokumentacją.

18 marca 2012 – pierwszy wpis na stronie p. Marka Nienałtowskiego, dotyczący Dębu Dragonów, jego historii i przyszłości: Czy ponad 100 letnie drzewo zostanie ścięte?

23 maja 2012 – wpis ma moim blogu: Pomnik przyrody, świadek historii – Dąb Dragonów staje się symbolem akcji „pomnikowej” Stowarzyszenie Dla Oleśnicy.

13 czerwca 2012 – przygotowane członków Stowarzyszenia (z wydatną pomocą prof. Dariusza Tarnawskiego, prezesa Towarzystwa Przyrodniczego Ziemi Oleśnickiej) wnioski o ustanowienie 31 pomników przyrody trafiają na ręce Przewodniczącego Rady Miasta, Ryszarda Zelinki. Osobny wniosek dotyczył Dębu Dragonów (treść wniosku).

22 czerwca 2012 – konferencja „Pomnik Przyrody, świadek historii” mająca na celu promocję złożonych wniosków. Zaproszenie otrzymały władze Oleśnicy i wszyscy miejscy radni. Pojawił się jedynie p. Piotr Karasek i, podobno, p. Katarzyna Filipek z Wydziału Geodezji, Gospodarki Gruntami, Rolnictwa i Ochrony Środowiska. Prezydium Rady Miasta, Burmistrzowie nie wyrazili zainteresowania. Natomiast mieszkańcy dopisali (http://dlaolesnicy.org/pomnik-przyrody-swiadek-historii-konferencja/http://olesnica.nienaltowski.net/Pomniki_przyrody.htmhttp://mojaolesnica.pl/article.php?id=6243)

30 sierpnia 2012 – odpowiedź Przewodniczącego RM, w której informuje on, iż wystąpił do burmistrza z prośbą o wydanie opinii. Pan Zelinka informował również, że wszczęto procedurę zinwentaryzowania drzewostanu Oleśnicy (treść odpowiedzi).

26 marca 2013 – w trosce o stan techniczny Zamku Książąt Oleśnickich, Stowarzyszenie dokonuje korekty wniosków na osobistą prośbę radnego Wiesława Piechówki (treść pisma do RM).

3 kwietnia 2013 – odpowiedź Wiceprzewodniczącego RM, w której czytamy, że: „niecelowym jest przygotowywanie uchwał, które mogą powodować, że zostaną stworzone bariery, wywołujące NEGATYWNE SKUTKI, TRUDNE DO OKREŚLENIA W OBECNEJ CHWILI” (treść odpowiedzi).

29 kwietnia 2013 – mój prywatny wniosek o udostępnienie informacji publicznej na temat wyników zamówionej przez Urząd Miasta „ekspertyzy drzewostanu na terenie miasta” (treść wniosku).

7 maja 2013 – otrzymałem dokumentację inwentaryzacji oleśnickiego drzewostanu, wykonaną w listopadzie 2012 r.  (!!!) przez mgr inż. Marcina Domala. Dokumentacja zawiera między innymi opis Dębu Dragonów. Warto zapoznać się z pełnym opisem tego pięknego drzewa: http://olesnica.vot.pl/Karta_05.pdf, przy czym zwracam uwagę na wniosek końcowy: „[…] obiekt stanowi okazały twór przyrody ożywionej, wyróżniający się w miejskim krajobrazie naturalnym charakterystycznym pokrojem. Dzięki osiągnięciu imponujących rozmiarów oraz dodatkowo z uwagi na brak innych zwartych skupisk drzew w bezpośrednim jego sąsiedztwie, powoduje, że stanowi on jeszcze bardziej okazalszy obiekt zasługujący na szczególną ochronę swoich walorów przyrodniczych.”

9 maja 2013 – kolejny list do Przewodniczącego Rady Miasta z prośbą o wyjaśnienie i uzasadnienie decyzji odmownej z dnia 3 kwietnia 2013 (treść listu).

23 maja 2013 – krótka odpowiedź Przewodniczącego Rady Miasta z przesłaniem: „NIE, BO NIE!” (treść odpowiedzi).

28 sierpnia 2013 – artykuł w Panoramie Oleśnickiej, którego treść potwierdziła przypuszczenia sprzed ponad roku oraz wnioski nasuwające się z wymiany pism z Przewodniczącymi RM. Działka, na której stoi Dąb Dragonów została wystawiona na przetarg z przeznaczeniem na „budowę dwóch budynków wielorodzinnych wraz z niezbędnymi instalacjami i urządzeniami technicznymi oraz infrastrukturą drogową”. Cena wywoławcza „wraz z drzewostanem” wynosiła 1.809.889zł. Do przetargu – ustnego – nie stanął NA SZCZĘŚCIE nikt i działka nie została sprzedana…

Skan z Panoramy Oleśnickiej z dnia 28.08.2013

Teraz komentarz:

Cała ta korespondencja z Przewodniczącymi Rady Miasta przypomina kopanie się z koniem. Mieszkańcy proszą, My piszemy, prosimy o uzasadnienia, o wyjaśnienia, specjaliści przyznają nam rację (patrz: wyniki ekspertyzy zleconej przez sam Urząd Miasta Oleśnicy), a Przewodniczący i jego zastępca ignorują apele mieszkańców i opinie specjalistów, kompletnie się z nimi nie licząc. W sposób bardzo zawoalowany dają do zrozumienia piszą, że objęcie Dębu Dragonów ochroną pomnikową spowoduje, że  „zostaną stworzone bariery, wywołujące NEGATYWNE SKUTKI, TRUDNE DO OKREŚLENIA W OBECNEJ CHWILI”. Oznacza to tyle, że wyrok na Dąb Dragonów został już wydany i nic tego nie zmieni. Tekst z Panoramy Oleśnickiej tylko potwierdził nasze przypuszczenia. Przewodniczącemu Rady Miasta przecież nie wypadało napisać wprost, że to piękne, okazałe drzewo zostanie wycięte, a grunt pod nim sprzedany deweloperowi. „Bariery” i „negatywne skutki” brzmią ciekawiej…

I jeszcze jedno: całkiem niedaleko Dębu Dragonów, w miejscu, gdzie dziś znajduje się biurowiec OCB „Feniks” rosło kilka równie okazałych dębów, być może również godnych ochrony pomnikowej. Znalazł się inwestor, który wyłożył dużą kasę, kupił działkę, a piękne drzewa wyciął. Wycinka odbyła się błyskawicznie, po pięknych drzewach zostało jedynie wspomnienie. Wszystko wskazuje na to, że taki sam los czeka Dąb Dragonów.

PS. Kopię tego tekstu wysłałem do publikacji na tzw. Lokalnym Portalu Dziennikarstwa Społecznościowego olesnica.eu. Aktualnie oczekuje na moderację (stan na 3/9/2013 godz. 15:00).

Urzędnik wie lepiej

Opowieści pomnikowo-przyrodniczej ciąg dalszy. Sprawa pozornie niewinna i prosta: ot, pomniki przyrody… Ale jak się okazuje, ta niby niepozorna sprawa dla aparatu urzędniczego staje się tematem niemożliwym do zaakceptowania. Sprawa ta ukazuje – jak na dłoni – mechanizmy i schemat podejmowania decyzji w ratuszu, według których oddolna inicjatywa mieszkańców napotyka samorządowo-urzędniczy beton i staje się dlań problemem nie do przejścia.

Dla przypomnienia – w telegraficznym skrócie:

13 czerwca 2012 roku Stowarzyszenie Dla Oleśnicy złożyło wnioski pomnikowe dotyczące 31 drzew;

30 sierpnia 2012 roku przychodzi pismo od Przewodniczącego RM, w którym jest mowa o niezależnej analizie drzewostanu na terenie miasta. Konkretów brak.

26 marca 2013 roku Stowarzyszenie, na prośbę jednego z radnych, złożyło do Biura RM pismo zawierające korektę wniosków i zapytanie o wyniki analizy drzewostanu;

3 kwietnia 2013 roku przychodzi pismo (podpisane przez Wiceprzewodniczącego RM), w którym jest mowa o „niezależnej ekspertyzie przeglądu drzew na terenie miasta”, która „jest zbieżna tylko co do pięciu wskazanych [przez Stowarzyszenie] drzew.” Dalszych konkretów brak.

Najwyraźniej nieudzielanie konkretnych odpowiedzi jest domeną ludzi „ważnych”, o ponadprzeciętnym poczuciu własnego „ego”. Albo takich, którzy albo nie mają nic do powiedzenia. Albo mają wiele do ukrycia. A czasem wszystko na raz…

W takiej sytuacji trzeba było podrążyć temat…

Przygotowałem zatem indywidualny wniosek o udostępnienie informacji publicznej w sprawie protokołu owej NIEZALEŻNEJ EKSPERTYZY i wniosków pokontrolnych. Tu już musiały paść konkrety.

I padły. Odpowiedź przyszła dość szybko i zawierała szereg dokumentów składających się na ekspertyzę zamówioną przez Urząd Miasta oraz krótki urzędniczy komentarz do tego dokumentu.

Owa niezależna ekspertyza opatrzona była tytułem „Inwentaryzacja drzewostanu na terenie całego Miasta Oleśnicy w celu wytypowania egzemplarzy, które mogą zostać objęte przez Radę Miasta Oleśnicy ochroną pomnikową” i była na tyle „niezależna”, na ile niezależny może być jej autor, p. Marcin Domal – inspektor z Wydziału Środowiska i Rolnictwa Starostwa Powiatowego w Oleśnicy. Ponieważ z treści tego dokumentu nie wynika, że ekspertyza została przeprowadzona w związku ze złożonymi przez Stowarzyszenie wnioskami pomnikowymi i ponieważ zostały w niej ujęte tylko niektóre spośród 31 drzew wytypowanych przez Stowarzyszenie, ale również kilka innych cennych okazów, stwierdzenie p. Wiceprzewodniczącego, że ekspertyza była „zbieżna tylko co do pięciu wskazanych [przez Stowarzyszenie] drzew,” do precyzyjnych nie należy. Zdecydowanie bliższe prawdy jest zdanie, że dotyczyła ona KILKU WYBRANYCH drzew spośród tych wskazanych przez Stowarzyszenie. No ale niech będzie…

Pan inspektor podszedł do sprawy bardzo technicznie i dokonał specjalistycznych pomiarów tych drzew, ocenił ich stan zdrowotny oraz oszacował ich wiek. Okazało się, że niektóre drzewa mają po 150, 200 a nawet 300 lat!

Oto kilka wyjątków z opracowania sporządzonego przez p. Domala:

„Oleśnickie drzewa, proponowane do objęcia ochroną pomnikową, posiadają wysoką wartość przyrodniczą, krajobrazową i dydaktyczną. Są one ciekawymi tworami przyrody ożywionej w zakresie żywotności, zwiększając tym samym różnorodność miejskiego  drzewostanu.”

„Dokonując oceny stanu zdrowotności i przydatności drzewa do dalszego funkcjonowania wykonano pomiar struktury wewnętrznej drewna pierwotnego i wtórnego posługując się przyrządem specjalistycznym – świdrem diagnostycznym Presslera. W wyniku badania struktury drewna nie stwierdzono jakichkolwiek oznak zmian zdrowotnych w jego wnętrzu. Pobrana próbka drewna była zdrowa, bez oznak wypróchnienia.”

„[…] obiekt stanowi okazały twór przyrody ożywionej, wyróżniający się w miejskim krajobrazie naturalnym charakterystycznym pokrojem. Dzięki osiągnięciu imponujących rozmiarów oraz dodatkowo z uwagi na brak innych zwartych skupisk drzew w bezpośrednim jego sąsiedztwie, powoduje, że stanowi on jeszcze bardziej okazalszy obiekt zasługujący na szczególną ochronę swoich walorów przyrodniczych.”

Linki do treści ekspertyzy oraz wszystkich kart ewidencyjnych sporządzonych przez p. Domala znajdują się na końcu tekstu.

Podsumowując: mamy udokumentowane wnioski pomnikowe, stanowiące oddolną inicjatywą grupy mieszkańców Oleśnicy, w przygotowaniu których brał udział pracownik naukowy Wydziału Nauk Biologicznych UWr, prof. dr hab Dariusz Tarnawski; mamy opracowanie inspektora oleśnickiego starostwa, które mówi: tak, na terenie Oleśnicy rosną drzewa, które warto objąć ochroną pomnikową. Wydawać by się mogło, że nie stoi nic na przeszkodzie…

Nic bardziej mylnego! Na przeszkodzie staje aparat urzędniczy. Jeśli coś wydaje się proste i oczywiste, to obowiązkiem służbowym urzędnika jest zagmatwać i sprawić, że już takie oczywiste nie będzie. Oto odpowiedź z Urzędu Miasta:

„Brak w ustawodawstwie jednoznacznych obiektywnych kryteriów przesądzających o tym, że dany obiekt może być uznany za pomnik przyrody, powoduje wiele spornych sytuacji i w wielu przypadkach może budzić kontrowersje oraz stanowić istotną przeszkodę w realizacji niektórych zamierzeń inwestycyjnych. Nie jest obecnie planowane ze strony Urzędu Miasta Oleśnicy objęcie ochroną pomnikową kolejnych drzew na terenie Oleśnicy. […]”

W poprzednim piśmie pan Wiceprzewodniczący RM, w sposób bardzo ogólnikowy i oszczędny w słowach wspominał o „barierach, wywołujących skutki, trudne do określenia w obecnej chwili.” Teraz przedstawicielka magistratu uchyliła rąbka tajemnicy, mówiąc o „istotnej przeszkodzie w realizacji niektórych zamierzeń inwestycyjnych.” Zatem w kategoriach urzędniczych pomnik przyrody to nie forma ochrony przyrody. To tylko problem z zagospodarowaniem terenu, na którym pomnik przyrody rośnie. Cytowane stwierdzenie urzędniczki to szyfr, który należy odczytywać tak: miasto nosi się z zamiarem sprzedaży którejś z działek, na której rośnie drzewo-kandydat na pomnik przyrody, a ustanowienie pomnika przyrody obniżyłoby atrakcyjność tej działki.

O jaką działkę chodzi?

Można się domyślać… Zdecydowana większość z wytypowanych drzew rośnie albo w pasie drogowym, albo w parkach, albo na terenie ścisłej zabudowy miejskiej. Tylko jedno rośnie na działce atrakcyjnej pod względem inwestycyjnym: dużej, przestrzennej i niezagospodarowanej – w sam raz pod zabudowę deweloperską albo pod budowę kolejnego marketu. Jest to drzewo, od którego rozpoczęliśmy naszą inicjatywę pomnikową, a więc Dąb Dragonów rosnący w podwórzu zabytkowej kamienicy przy ul. Lwowskiej 25/29. Według opracowania ma ono 208 lat, 300 cm obwód pnia, 18 m wysokości i 24 rozpiętości korony – „[…] ze względu na swoje imponujące rozmiary oraz wzorcowe wymiary odgrywa szczególne znaczenie w ekosystemie miasta.” A przypuszczenia te uprawdopodabnia fakt, że w podobny sposób pozbyto się równie wiekowych drzew bliskim sąsiedztwie Dębu Dragonów, które  najwyraźniej stanowiły „istotną przeszkodę” przy budowie Oleśnickiego Centrum Biznesu „Feniks”. Czy podobny los czeka Dąb Dragonów?

DĄB DRAGONÓW

Inicjatywa pomnikowa wyszła z dołu – od mieszkańców. Inicjatywa znalazła poparcie specjalisty – profesora nauk biologicznych, dr hab. Dariusza Tarnawskiego. Inicjatywa spotkała się z dużym zainteresowaniem i poparciem ze strony mieszkańców na zorganizowanej przez nas konferencji. Słuszność inicjatywy została potwierdzona przez ekspertyzę wykonaną na polecenie Urzędu Miasta Oleśnicy, za którą Urząd prawdopodobnie sam zapłacił. Ale okazuje się, że dla Urzędu Miasta to wszystko nic nie znaczy. Urzędnik zdaje się mówić: tak, drodzy mieszkańcy, macie rację, ale my i tak zrobimy swoje! Bez konsultacji z mieszkańcami, bez porozumienia. Autorytatywnie stwierdzono, że żaden (!!!) spośród tych 200- i 300-letnich okazów nie zasługuje szczególną ochronę prawną!

A najgorsze w tym wszystkim jest to, że prezydium Rady Miasta – Przewodniczący – zamiast cieszyć się, że jest inicjatywa która pochodzi od ich wyborców, zamiast jej patronować i wspierać ją, okopuje się na stanowisku Urzędu Miasta, które pozbawione jest jakiejkolwiek logicznej argumentacji. I w sposób zupełnie bezpodstawny (wręcz niedorzeczny) powołuje się na opinię Porozumienia Radnych Rady Miasta VI kadencji, który to twór (???) nie ma żadnych uprawnień do wydawania takich orzeczeń.

Jak to kiedyś stwierdził jeden z oleśnickich radnych: „Burdel, a nie demokracja!” Zgadzam się w zupełności!


Oto linki do treści opracowania autorstwa p. Marcina Domala:

  1. Tekst opracowania
  2. wierzba Anna Zofia Wilhelmina (podzamcze)
  3. buk Konrad III Stary (podzamcze)
  4. lipa Elżbieta Magdalena (park przy ul Wałowej)
  5. buk Karol II (park przy ul. Wałowej)
  6. Dąb Dragonów (ul. Lwowska)
  7. Szpaler Platanów (ul. Brzozowa)
  8. Jesion Spalicki (park przy ul. Kopernika)
  9. platan Jaś (teren przy Przedszkolu nr 1)
  10. Dąb św. Anny (ul. Cieszyńskiego/Kilińskiego)
  11. Dąb Strażnika Bramnego (ul. Wałowa)
  12. lipa Helma (pl. Książąt Śląskich)

Alternatywy 4

Wiosna, Panie i Panowie! Wiosnę poczuli również nasi lokalni politycy. Oto pewien radny, jeden z czołowych działaczy partii rządzącej postanowił opuścić jej szeregi – podobno ze względów ideologicznych. Po czym kapryśnie oświadczył, że nic nie jest tak, jak by się mogło nam wszystkim wydawać i z dąsem pogroził paluszkiem, że tym, którzy doszukują się podtekstów. Ostatnie dni przyniosły jeszcze ciekawszą rewelację: toczą się rozmowy na temat utworzenia w miejskiej radzie koła, jednoczącego pod wspólnym szyldem radnych SLD i PO.

W normalnych okolicznościach, w normalnej radzie, w której radni pełniliby swoje obowiązki z godnością i rzetelnością i poczuwaliby się do odpowiedzialności przed wyborcami – serce i rozum nakazywałyby mi wspieranie takiej inicjatywy. Ale oleśnicka rada nie jest „normalna”. To zlepek ludzi, dla których (poza kilkoma wyjątkami) interes społeczny… no właśnie… może nie do końca „obcy”, ale traktują go w sposób nieco instrumentalny. Ale po kolei…

Zwolennicy wspólnego koła tak nam wszystkim ten pomysł argumentują:

„Dzięki tej inicjatywie moglibyśmy być bardziej wyraziści. Klub byłby też nową alternatywą w radzie miasta.”

Ręce opadają, gdy słyszy się jakie bujdy na resorach próbuje nam wszystkim wcisnąć autor tych słów, nawiasem mówiąc: najbardziej zatwardziały milczek spośród wszystkich oleśnickich radnych. Otóż w dwóch krótkich zdaniach popełnił dwa poważne błędy logiczne. Po pierwsze: dwie różne partie – jedna konserwatywno-liberalno-chrześcijańsko-demokratyczno-centroprawicowa, druga lewicowa o korzeniach socjaldemokratycznych – miałyby stworzyć jeden, rzekomo wyrazisty klub. Jedna partia zmienia poglądy od sondażu do sondażu i coraz bardziej chaotycznie lawiruje pomiędzy lewą a prawą stroną polskiej sceny politycznej, a program drugiej – lewicowej – pod względem pracy i polityki socjalnej jest mniej lewicowy, niż program partii J. Kaczyńskiego. Zatem już przyczyny ideowe dają powody by przypuszczać, iż mariaż PO i SLD – nawet na szczeblu lokalnym – będzie tak samo wyrazisty i przekonujący, jak wiceburmistrz Oleśnicy podczas wywiadu, który obejrzała cała Polska:

Po drugie: alternatywa? Jaka alternatywa? Wobec kogo/czego? W sytuacji, gdy od 6 lat (w przypadku PO) i więcej (w przypadku SLD), współrządzi się miastem, poprzez swoich wiceburmistrzów ma się REALNY wpływ na decyzje zapadające w oleśnickim ratuszu, już samo mówienie o alternatywie brzmi jak dowcip rodem z genialnego serialu mistrza Barei. A tworzenie alternatywy wobec samych siebie to zadanie tyleż śmieszne, co karkołomne.

Alternatywy4_

Kadr z serialu „Alternatywy 4”

No, ale dobra… W społeczeństwie rośnie świadomość i ostatnio modnym staje się bycie w opozycji do rządzących. Taką tendencję daje się zauważyć zarówno na szczeblu krajowym (Zmieleni, Platforma Oburzonych, Ruch na Rzecz JOW), jak i na lokalnym. Więc można by się domyślać, że radny-milczek miał na myśli alternatywny klub radnych jako front jedności przeciwko Burmistrzowi. Jeśli tak, to… fakty mówią same za siebie: podczas ostatniej kampanii wyborczej obie partie ewidentnie PODŁOŻYŁY SIĘ zarządzającemu Oleśnicą od lat Burmistrzowi, nie wystawiając własnych kandydatów i po cichu licząc na wiceburmistrzowskie stołki. Udało się i dzięki takiej postawie obie partie od dwóch kadencji faktycznie współrządzą Oleśnicą. Tym samym stały się częścią rządzącego miastem układu. Pięknie się weń wkomponowały, pieczętując go partyjnym znakiem. I przez ponad 6 lat robiły wszystko, co rozkazał Burmistrz, biernie godząc się na jego polityczną wizję, w której Oleśnica jest jedną wielką sypialnią Wrocławia. Wspólnym celem, jaki im przyświecał było „nie podpaść Burmistrzowi”. Teraz nagle, na półtora roku przed wyborami samorządowymi – ni stąd ni zowąd – za wszelką cenę lokalni partyjni działacze będą nam wszystkim udowadniać, że do żadnego układu nie należeli; że to nie ich partyjni koledzy rządzili z ratusza; że w ogóle z Burmistrzem nic ich nie łączy. Być może stąd właśnie powstał pomysł „wyrazistego” i „alternatywnego” klubu radnych. Takie konwulsyjne ruchy to ewidentny znak, że partyjnych działaczy dopadła  przedwyborcza sraczka.

A co jeśli jest inaczej? Jeśli radni PO-SLD mówiąc „chcemy być wyraziści i alternatywni„, chcą dać wyraz temu, że przyznają się do błędów i zaniechań wynikających z prezentowanej przez nich od lat polityki uległości wobec Burmistrza? Może faktycznie chcieliby definitywnie skończyć z wizerunkiem przystawki do rządzącego Oleśnicą PS2002? Może rzeczywiście zrozumieli, że podłożenie się Burmistrzowi nie było najlepszym pomysłem? I tu do głosu dochodzi szef lokalnych struktur SLD, który mówi jednoznacznie:

„Gdyby ten klub miał powstać to pozostalibyśmy w koalicji. Nie ma żadnego zagrożenia dla nikogo.”

Więc jak to jest, Panowie? Chcecie pokazać ludziom jak bardzo wyraziści jesteście, ale Burmistrzowi się nie postawicie. Chcecie wszystkim udowodnić, że można uprawiać politykę alternatywną do tego, co od lat konsekwentnie realizuje Burmistrz – z Waszą pomocą i za Waszym przyzwoleniem. Chcecie wybić się na niezależność względem Burmistrza, ale już na starcie kładziecie uszy po sobie. Przecież to się wszystko kupy nie trzyma!

Alternatywa? TAK! Ale nie w tej radzie, nie w tej kadencji, nie z tymi radnymi, z których większość zasiada w radzie po raz kolejny, a których postawa dalece odbiega od obrazu wyrazistej alternatywy.

Może po prostu partyjnym działaczom chodzi o to, by zamydlić oczy wyborcom, stworzyć pozory swojej działalności, aktywności i niezależności? A skoro już o niezależności mowa: kto jak kto, ale działacze partyjni różnych szczebli znają ją chyba tylko z bajek i opowiadań…

Z której strony nie spojrzeć, wychodzi mi demagogia i polityczne wyrachowanie! A o alternatywie w wykonaniu osób obecnie zasiadających w radzie można w ogóle zapomnieć…

Radny głosuje więc jest

Co radny ma na sesji? Radny ma na sesji BYĆ i GŁOSOWAĆ! Oprócz tego ma jeszcze komputerek, projekty uchwał i kontakt z obsługą biura Rady Miasta.

Czyli praktycznie wszystko, co niezbędne, by być wiernym słowom składanej przysięgi:

Wierny Konstytucji i prawu Rzeczypospolitej Polskiej, ślubuję uroczyście obowiązki radnego sprawować GODNIE, RZETELNIE I UCZCIWIE, mając na względzie dobro mojej gminy i jej mieszkańców.

Z tą godnością i rzetelnością bywa różnie… Zwłaszcza gdy radny z jakichś sobie tylko wiadomych powodów, będąc na sali, uczestnicząc w obradach, świadomie nie bierze udziału w głosowaniu. Jest to dość częsta i nader dotkliwa przypadłość oleśnickich radnych, o czym można się przekonać po zapoznaniu się z protokołami poszczególnych sesji RM: „Na ogólną liczbę 21 Radnych – w sesji uczestniczyło 20 Radnych (…). W głosowaniu wzięło udział 18 Radnych (…), 17 Radnych (…), 13 Radnych”. Zaledwie 13 radnych wzięło udział głosowaniu nad niepotrzebnym i pozbawionym głębszego sensu stanowiskiem w sprawie Telewizji Trwam i jej miejsca na cyfrowym multipleksie (gdyby wszyscy radni zagłosowali, takie dziwaczne stanowisko prawdopodobnie zostałoby odrzucone).

Regulamin Rady Miasta uchwalony w 2003 roku mówi:

W głosowaniu jawnym radni głosują przez podniesienie ręki. Za głosy oddane uznaje się te, które oddano „ za”, „przeciw” oraz „wstrzymuję się”,

co w myśl zasady „co nie jest zabronione, jest dozwolone” oznacza tyle, że brak udziału w głosowaniu jest równoznaczny z brakiem oddanego głosu, a zatem z głosem nieważnym. OK, niech będzie…

Ale jeśli już ma się mandat mieszkańców i w ich imieniu zasiada się w tak szacownym gronie, to wypadałoby GODNIE i RZETELNIE tych mieszkańców reprezentować, zabierając głos „ZA”, „PRZECIW” lub zwyczajnie wstrzymując się od głosu, bowiem zawsze jest taka możliwość…

Co może oznaczać nieprzystąpienie do głosowania? Niektórzy radni traktują tę opcję jako sposób na demonstrację protestu, trochę ostentacyjnego sprzeciwu,  przeciwko czemuś. Przed głosowaniem jest zawsze czas na dyskusję i zwykle taki radny zapowiada, że nie będzie głosował bo… i tu wymienia listę powodów. W porządku, takie stanowisko jestem w stanie ewentualnie zrozumieć.

Ale jak rozumieć radnych, którzy nie biorą udziału w dyskusji, siedzą i patrzą się jak te cielątka na malowane wrota i gdy przychodzi do głosowania, to z 3 opcji do wyboru, wybierają TĘ CZWARTĄ??!! Jeśli się wahają pomiędzy „ZA” a „PRZECIW”, dlaczego nie podnoszą ręki w momencie, gdy Przewodniczący Rady Miasta grzecznie pyta „Kto się wstrzymał?” Dało się zauważyć, że w co najmniej kilku przypadkach, gdy głosowanie miało dotyczyć kwestii światopoglądowych (TV Trwam itp.), część radnych uchylała się od oddania ważnego głosu, po to, by nie stać się obiektem ewentualnej krytyki swoich wyborców. Zresztą jeden z radnych (przez uprzejmość nie podam nazwiska) sam przyznał mi się to tego typu praktyk.

Zatem: „godnie, rzetelnie i uczciwie„? Zapomnij człowieku! Jakiegoś sobie radnego wybrał, takiego masz!

Radnego nie można zmusić do brania udziału w głosowaniach, nie można go również ukarać. Jednak mało kto wie (a już na pewno o taką wiedzę nie posądzałbym naszych radnych), że istnieje prawna możliwość uzależnienia wysokości diety radnego od jego aktywności w głosowaniach. Przykład idzie z góry: art. 24 Regulaminu Sejmu nadaje Marszałkowi prawo do obniżenia uposażenia i diety posłowi, jeśli ten nie weźmie udziału w głosowaniach. Podobny zapis można znaleźć w Regulaminie Senatu RP (art. 22). W tej chwili również niektóre samorządy (np. rada m. st. Warszawy) w swoich regulaminach/statutach zawarły odpowiednie regulacje, które pozwalają zmniejszyć wysokość diety radnych, którzy uchylają się od udziału w głosowaniach nad projektami uchwał, mniej lub bardziej ważnych dla lokalnej społeczności. A warto przypomnieć, że ustawa o samorządzie gminnym nakłada na radnego obowiązek kierowania się dobrem wspólnoty samorządowej, a nie własnym interesem i strachem przed krytyką wyborców.

Radny ma obowiązek brania udziału w pracach rady gminy i jej komisjach oraz w innych instytucjach samorządowych, do których został wybrany lub desygnowany (art. 24 ustawy o samorządzie gminnym).

Głosowanie w trakcie obrad rady jest najważniejszym i najbardziej namacalnym przejawem aktywności i skuteczności radnego na forum rady. To w trakcie głosowania radny wyraża swój pogląd i opinię na temat rozwiązań przyjmowanych przez radę. Brak udziału w głosowaniach można odbierać jako uchylanie się od wykonywania obowiązków nałożonych przez ustawę o samorządzie.

Nie liczyłbym na to, że radni obecnej kadencji nagle doznają olśnienia i obywatelskiego „nawrócenia”, bo większość z nich to stare, samorządowe wygi ze  zbyt długim (za długim!!) doświadczeniem w „pracach” rady i z umysłami tkwiącymi gdzieś na pograniczu epok. Ale warto mieć nadzieję, że to się kiedyś zmieni…

sesja_glos

 

Żegnajcie dotacje…

Od jakiegoś czasu bomba wisiała w powietrzu. Wczoraj zapadła klamka: Urząd Marszałkowski Województwa Dolnośląskiego rozwiązał umowę na dofinansowanie powiatowej drogi Ślizów-Dziadowa Kłoda. Kara dotkliwa, bo dotacja miała wynieść ok. 3 mln złotych. A może być jeszcze dotkliwsza, bo w ramach „bonusu” za niesubordynację, powiat może zostać wykluczony z konkursów o unijne dotacje przez kolejne 3 lata.

Kto ponosi winę za całą tę sytuację? Nie mam zamiaru nikomu sugerować tutaj odpowiedzi na to pytanie. Jestem daleki od szafowania wyrokami. Wolę zostawić to ludziom i organom do tego kompetentnym i uprawnionym. Natomiast jako podatnik i mieszkaniec powiatu chciałbym podzielić się kilkoma wątpliwościami i spostrzeżeniami.

Po pierwsze: w całym medialnym zamieszaniu wokół tej sprawy, uwadze postronnego obserwatora umyka jedno: jakie korzyści miało przynieść zastosowanie innej mieszanki, niż przewidywała to specyfikacja przetargowa. Jeśli taki manewr miał przynieść oszczędności (a o tym wspomina jeden z radnych, wykazujący największe zainteresowanie tematem), to co się stało tą nadwyżką? I kto zaoszczędził: powiat, czy wykonawca? A jeśli wykonawca, to dlaczego nie powiat? I dlaczego za jawnym przyzwoleniem powiatu?

Po drugie: gdzie, przez cały czas od momentu zgłoszenia tych nieprawidłowości (sprawa ciągnie się od lutego 2010 roku!), podziewali się członkowie powiatowej komisji rewizyjnej, która jako pierwsza powinna zająć się sprawą? W kompetencjach komisji rewizyjnej leży nadzór merytoryczny i finansowy nad organem samorządowego i podległymi mu jednostkami. Z tego, co można wyczytać w mediach, wspomniany wyżej radny w kwietniu 2011 r. wnioskował o przeprowadzenie takiej kontroli, jednak najwyraźniej wniosek ten upadł…

Po trzecie: ludzie zwykle uczą się na błędach. Szkoda, że nie cudzych… Kilka lat temu w gminie Oleśnica wybuchła tzw. „afera gruntowa”. Państwowe organy kontrolne chyba po raz pierwszy poddały wątpliwość dokumentację prowadzoną przez samorząd. Postępowanie sądowe wciąż trwa. Skoro już raz w oleśnickim „ogródku” dopatrzono się nieprawidłowości, skoro NIK, CBA czy inna tego typu instytucja pogroziła palcem i pokazała, że ma „na oku” Oleśnicę i to, co się w niej dzieje, to należało dołożyć wszelkich starań, by wszystko przebiegało tak, jak należy. By nie można było się do niczego przyczepić. Wydaje mi się, że zawiódł tu instynkt samozachowawczy.

Po czwarte: wątpliwości. Cała ta sprawa (ochrzczona przez media mianem „Ślizówgate”) pokazała, że organ samorządowy ma problemy z rozliczeniem inwestycji – inwestycji skromnej, bo całość miała się zamknąć w kwocie 6 mln złotych. Aż strach pomyśleć, co będzie się działo, gdy w grę zaczną wchodzić większe pieniądze. Konkretnie: mam na myśli lotnisko i plany jego zagospodarowania… Projekt pt. „Powiatowe Lotnisko Cywilne Użytku Publicznego” jest projektem ambitnym, a jego skala nieporównywalnie większa. Jaką pewność możemy mieć my, mieszkańcy Oleśnicy i powiatu oleśnickiego, że tym razem wszystko będzie w porządku?

Po piąte: kolejne wątpliwości. Co prawda kara 3-letniego dostępu do środków unijnych jeszcze nie jest przesądzona, ale niestety należy się z nią liczyć. I tu znów pojawia się pytanie o lotnisko: czy czasem nie trzeba będzie zrewidować powiatowych planów dotyczących lotniska, w przypadku orzeczenia 3-letniego moratorium? Jak dużo stracą te plany na swojej realności? I wreszcie czy wieloletnie starania o przejęcie terenów po wojskowym lotnisku i przywróceniu im lotniczego charakteru nie okażą się nadaremne?

Po pierwsze: w całym medialnym zamieszaniu wokół tej sprawy, uwadze postronnego obserwatora umyka jedno: jakie korzyści miało przynieść zastosowanie innej mieszanki, niż przewidywała to specyfikacja przetargowa. Jeśli taki manewr miał przynieść oszczędności (a o tym wspomina jeden z radnych, wykazujący największe zainteresowanie tematem), to co się stało tą nadwyżką? I kto zaoszczędził: powiat, czy wykonawca? A jeśli wykonawca, to dlaczego nie powiat?

Po drugie: gdzie, przez cały czas od momentu zgłoszenia tych nieprawidłowości (sprawa ciągnie się od lutego 2010 roku!), podziewali się członkowie powiatowej komisji rewizyjnej, która jako pierwsza powinna zająć się sprawą? W kompetencjach komisji rewizyjnej leży nadzór merytoryczny i finansowy organu samorządowego. Z tego, co można wyczytać w mediach, wspomniany wyżej radny w kwietniu 2011 r. wnioskował o przeprowadzenie takiej kontroli, jednak najwyraźniej wniosek ten upadł…

Po trzecie: ludzie zwykle uczą się na błędach. Szkoda, że nie cudzych… Kilka lat temu w gminie Oleśnica wybuchła tzw. „afera gruntowa”. Państwowe organy kontrolne chyba po raz pierwszy poddały wątpliwość dokumentację prowadzoną przez samorząd. Postępowanie sądowe wciąż trwa. Skoro już raz w oleśnickim „ogródku” dopatrzono się nieprawidłowości, skoro NIK, CBA czy inna tego typu instytucja pogroziła palcem i pokazała, że ma „na oku” Oleśnicę i to, co się w niej dzieje, to należało dołożyć wszelkich starań, by wszystko przebiegało tak, jak należy. By nie można było się do niczego przyczepić. Wydaje mi się, że zawiódł tu instynkt samozachowawczy.

Po czwarte: wątpliwości. Cała ta sprawa (ochrzczona przez media mianem „Ślizówgate”) pokazała, że organ samorządowy ma problemy z rozliczeniem inwestycji – inwestycji skromnej, bo całość miała się zamknąć w kwocie 6 mln złotych. Aż strach pomyśleć, co będzie się działo, gdy w grę zaczną wchodzić większe pieniądze. Konkretnie: mam na myśli lotnisko i plany jego zagospodarowania… Projekt pt. „Powiatowe Lotnisko Cywilne Użytku Publicznego” jest projektem ambitnym, a jego skala nieporównywalnie większa. Jaką pewność możemy mieć my, mieszkańcy Oleśnicy i powiatu oleśnickiego, że tym razem wszystko będzie w porządku?

Po piąte: kolejne wątpliwości. Co prawda kara 3-letniego dostępu do środków unijnych jeszcze nie jest przesądzona, ale niestety należy się z nią liczyć. I tu znów pojawia się pytanie o lotnisko: czy czasem nie trzeba będzie zrewidować powiatowych planów dotyczących lotniska, w przypadku orzeczenia 3-letniego moratorium? Jak dużo stracą te plany na swojej realności? I wreszcie czy wieloletnie starania o przejęcie terenów po wojskowym lotnisku i przywróceniu im lotniczego charakteru nie okażą się nadaremne?