Author Archives: Razem Dla Oleśnicy

Spotkanie RAZEM DLA OLEŚNICY już dzisiaj!

Zapraszamy na spotkanie Ruchu Społecznego „Razem dla Oleśnicy”


Przedstawimy na nim naszego kandydata na Burmistrza Oleśnicy – Michała Kołacińskiego.

Porozmawiamy o problemach naszego miasta, które wspólnie możemy rozwiązać.

Podyskutujemy o tym, czego mieszkańcy Oleśnicy oczekują od władz i jak te oczekiwania realizować. 


Wasze zdanie jest dla nas najważniejsze! Budujemy obywatelską Oleśnicę. RAZEM!

Czas: dzisiaj, godzina 19.00.

Miejsce: Korelat, ul. Kochanowskiego 5, Oleśnica.

Ni to wierszyk, ni to proza, ale wieje z tego groza

Świętej Jadwigi 7

 

Prasa kłamie?

Na jej łamie:

„W kamienicy brakuje niektórych stropów, wykonano dotąd część podciągów żelbetowych
i zdemontowano stare schody.
Rozpoczęliśmy remont kapitalny, pod nadzorem i zgodnie z decyzją konserwatora”.

Św. Jadwigi 7

Continue reading

„Znaczenia” drukują fragment wspomnień Hansa G. Andersa w przekładzie Michała Skrzypka

Magazyn Instytutu Dziennikarstwa i Komunikacji Społecznej Uniwersytetu Wrocławskiego „Znaczenia” opublikował fragment wspomnień Hansa Georga Andersa, mieszkańca przedwojennej Sobótki. Na język polski przełożył i całość zredagował jeden z założycieli stowarzyszenia Dla Oleśnicy, Michał Skrzypek.

Całość liczy ponad sto stron maszynopisu, ostatni numer „Znaczeń” przedrukował  rozdział „Od Zobten do Sobótki”. Wstęp napisała dawna promotorka Michała, dr Urszula Glensk:

„[…] Hans-Georg Anders urodził się w 1928 roku w Zobten (dziś: Sobótka). Tuż po wojnie opuścił to miejsce, jak niemal wszyscy Niemcy. Ale nigdy stąd nie wyjechał. Trochę jak Mickiewicz z Litwy. […] Zachęciłam go do napisania wspomnień […] narracja pamięci powstała. Tekst został przetłumaczony przez Michała Skrzypka. Ustaliliśmy, że tłumaczenie i redakcja naukowa będą częścią jego dyplomu. Pracował z wielką dokładnością i narastającym zainteresowaniem. Obronił się z wyróżnieniem.

Poniższy fragment opowiada o pierwszych powojennych miesiącach w Sobótce, choć wojna zaczęła się tu [dopiero] wtedy, kiedy dla innych [już] się kończyła.

[…] W sensie symbolicznym Hans nigdy nie wyjechał z Dolnego Śląska – pasjonuje go historia tego miejsca, stare mapy, perfekcyjnie posługuje się polskimi i niemieckimi nazwami. […] moje dzieci mówią o nim Hans Christian Andersen. Rzeczywiście, jest kimś ze świata baśni”.

Tyle ze wstępu U. Glensk.

Stowarzyszenie Dla Oleśnicy zwraca się z prośbą do wszystkich, którzy dysponują podobnymi świadectwami dotyczącymi Oleśnicy i okolic, lub znają żyjących jeszcze przedwojennych oleśniczan, o kontakt. Będziemy czynić starania o wydanie wspomnień. O ocalenie ich od zapomnienia, bo mogą mieć fundamentalne znaczenie dla historii naszego miasta. Może jest ktoś, kto Oleśnicy tak pięknie opowiada, jak Hans-Georg Anders o swojej Sobótce?

Dzięki uprzejmości Michała umieszczamy opublikowane w „Znaczeniach” fragmenty. Całość jest w dyspozycji M. Skrzypka i Uniwersytetu Wrocławskiego.

Od Zobten do Sobótki

Wpis z kalendarzyka:

„25 maja: ludność Sobótki powraca z Kudowy”.

Większa część obywateli Sobótki powróciła – oczywiście pieszo – pod przewodnictwem burmistrza Schnabela. Nakazał on, aby kolumny wozów i rzesze piechurów czekały na drodze od strony Strzegomian koło tego, co zostało z posesji Franza Fischera, zaś sam z grupką „zwiadowców” poszedł do miasta ocenić sytuację: „Czy utworzono w mieście sowiecką komendanturę? Czy trzeba się tam zameldować?”

Moja siostra Marianne, która mieszkała z rodzicami w Kudowie od kwietnia, należała właśnie do takich „zwiadowców”. Ponieważ nasz dom był dość blisko od miejsca postoju transportu, Marianne zaraz przy nim była. Szarpnęła za klamkę, jednak drzwi były zamknięte. Spróbowała więc u Josefa Rothera – z tym samym skutkiem. Gdy wracała zrezygnowana, akurat wyszedłem przed dom. Można się domyślać, jak wielką czułem radość: nie mieliśmy o sobie żadnych wiadomości od przeszło czterech tygodni. Ostatni list wysłałem jeszcze z jednostki RAD w czasie wojny – z zupełnie innego świata! Radość była tym większa, że wraz z Marianne powróciła mama.

                Nasz dom przetrwał wojnę prawie bez szkód, tak jak większość budynków w górnej części Sobótki. Wyleciało kilka szyb, brakowało trochę dachówek, ale cóż to  w porównaniu ze zniszczeniami w dolnym mieście? Wewnątrz wyglądało to jednak jak po „wojnie siedmioletniej” i potrzebowaliśmy wielu dni, żeby uprzątnąć chociaż w połowie. Brakowało mnóstwa rzeczy, w tym mojego roweru i skrzypiec oraz rajtarskiego pistoletu i ładownicy, pamiętających jeszcze wojny śląskie[1]. Broń tę rodzice znaleźli w ziemi zaraz po nabyciu domu w 1929 roku,[2] a ja używałem jej potem w trakcie zabawy w Indian. I tak nie dało się tego strzelać… Meble zostały wszystkie,   z fortepianem włącznie. Dostaliśmy za niego potem kawałek wołowiny…

            Ogród zasłoniły wysokie pokrzywy, a wzdłuż płotu posesji Klosego ciągnął się rząd dziesięciu dołów strzeleckich. Najwyraźniej zaraz po szturmie na początku maja, Rosjanie musieli się u nas w ogródku okopać i tu oczekiwali na niemieckie kontrnatarcie. W dołach leżały jeszcze porozdzielane części naszych materaców, znalazłem też parę granatów. Jabłonka była rozdarta, najprawdopodobniej właśnie z powodu ostrzału z granatnika.

W jednym z dołów była usypana pryzma ziemi. Kiedy chciałem ją wyrównać okazało się, że leżał pod nią martwy rosyjski żołnierz. Pochowaliśmy go pod murem miejskim.

Co do naszych odczuć, to muszę przyznać, że czuliśmy się… „uwolnieni”! Całkiem bezpiecznie moglibyśmy sobie teraz słuchać BBC, tyle, że nie mieliśmy już żadnego radia. Nie było obowiązku szkolnego – nie było bowiem szkół!

Nasze myśli krążyły przede wszystkim wokół pytania „Co będziemy dzisiaj jedli?” „Jak się nasycić?” Prośba do Stwórcy: „Chleba naszego powszedniego daj nam dzisiaj” stała się bardzo aktualna i do bólu rzeczywista, bowiem chleb stał się niemal nieosiągalnym rarytasem. Stodoły w czasie walk spłonęły, a wraz z nimi zapasy zbóż. Mięso? Nie do pomyślenia! W lutym, gdy zbliżał się front, chłopi rozwiązali bydło i wygnali je ze stajen. Była zima… teraz wszędzie leżały zwierzęce trupy. Czasami trzeba było zabić konia, ustawialiśmy się wtedy w kolejkę przed zakładem rzeźnika Schadecka na Bergstrasse 5. Kto zjadłby wcześniej koninę? Ratowały nas też stare ziemniaki, które wciąż leżały w piwnicach. Dzięki garstce mąki i kopru z ogródka mama „wyczarowywała” nam posiłki. Na szczęście pojawiły się już pomidory, ogórki i owoce w ogrodzie, wszystko to pozwalało zaspokoić głód. Doskonale pamiętam w jaki sposób po raz pierwszy po wojnie najadłem się do syta: w Hubertushofie[3], około 12 kilometrów za Sobótką, była najbliższa cukrownia. Tam składowano wysuszone wysłodki buraczane[4]. Kobiety (mężczyźni musieli pracować) chodziły pieszo z wózkami i przyciągały w ten sposób pełne worki. Gotowano z tego syrop buraczany. Pewnego dnia mama nasmażyła placków ziemniaczanych, które zjedliśmy polane syropem. Spałaszowałem szesnaście sztuk! Sensacją był jednak pierwszy tłuszcz: olej rzepakowy! Na polach Rogowa zakwitł rzepak. Właścicieli nie było i nikt nie zadbał o zbiory. Nikt, poza kobietami, które wyposażone w wózki, pałatki i worki udawały się do tej wioski, gdzie wyrywały rzepak z ziemi rękoma, następnie otrząsały owoce żółtej rośliny do pałatek. Mełły wszystko na miejscu, niczym w epoce kamienia łupanego. Rzepakowe kuleczki rozdrabniano potem w domu w młynku do kawy, następnie ogrzewano nad parą w płóciennym woreczku, by w końcu wycisnąć jego zawartość w prasie do bielizny. Wtedy zaczynała płynąć złotożółta oliwa. Teraz mogliśmy nawet przysmażyć ziemniaki! Pamiętam, że do tego, co pozostało w prasie, mama dodała odrobinę mąki i sporo syropu buraczanego, następnie upiekła z tej masy ciasto. Z początku smakowało dosyć osobliwie, ale naprawdę można było się najeść.

W myśl starego powiedzenia, że „potrzeba uczy się modlić”, na nabożeństwach było bardziej tłumnie niż w czasie wojny. Ponadto niektórzy dawni towarzysze partyjni przekonali się, że Hitler nie był znowu taki największy. Pod koniec maja chodziliśmy już na majówki do leśnej kapliczki, a niedzielne msze odprawiane były przez proboszcza Machunze i kapelana Thönelta w nieznacznie zniszczonym kościele św. Anny.

Wodociągi w Sobótce w większej części pozostały nietknięte, więc nie było problemów z piciem: mięta rosła w ogródku, liście lipy na drzewach. Dostawy prądu także wznowiono dosyć szybko. Mimo to szalał tyfus i czerwonka. Nie było żadnego lekarza, ludzie leczyli się sami węglem. Również tata zachorował na czerwonkę, po chorobie ważył zaledwie 55 kilogramów.

Ton w mieście nadawali teraz komuniści. Było to kilku nieszkodliwych, starszych ludzi, którzy zostali upoważnieni do reprezentowania władz przez rosyjskie zwierzchnictwo[5]. Jako symbol ich rangi nosili na ramionach czerwone opaski, pamiętam, że do każdego zwracali się per „ty”. Naturalnie dotychczasowy burmistrz – Schhnabel – nie miał już za wiele to powiedzenia, władzę sprawował Niemiec (?)  znad Wołgi, o nazwisku – o ile dobrze sobie przypominam – Marcinkowsky[6].

Pewnego dnia ogłoszono postanowienie o powszechnym obowiązku pracy. Wszyscy mężczyźni musieli stawić się na rynku. Kolega z WPZ, Hubertus Sandmann, którego ojciec był murarzem, poradził mi, żeby dołączyć do ekipy murarskiej. Tak też uczyniłem i zostałem pomocnikiem na budowie. W końcu i tak nie uruchomiono jeszcze żadnej szkoły.

Już w czerwcu przybyli do miasta pierwsi Polacy[7]. Najpierw były to zalążki polskiej administracji wraz z milicją, następnie ludność wiejska z zagarniętego przez Rosjan wschodu. Któregoś dnia stanął u nas w progu młody człowiek w milicyjnym mundurze. Był to Henryk Majczyk, który wyjaśnił, że od teraz jest panem w tym domu. Bogu dzięki nie miał rodziny, wiec zajął jedynie salon i gabinecik obok. Naszej czwórce pozostały zatem do dyspozycji dwie sypialnie i kuchnia. Do państwa Klose wprowadził się za to spokojny, starszy człowiek z rodziną. Przyszedł do nas kiedyś i próbował porozmawiać z tatą, ale były z tym trudności, ponieważ tata nie mówił po polsku, a „pan” od sąsiadów znał tylko kilka zwrotów po niemiecku.

Wszelkiego rodzaju magazyny i składy były skonfiskowane, a następnie dozorowane przed grabieżą. Dotyczyło to także inwentarza: ostatnich dziesięć krów mlecznych umieszczono w stajni Maxa Scholza w dolnej części Reichenbacherstrasse. Nocami musiały być pilnowane… przez Niemców! Każdy człowiek był zobowiązany do  odsłużenia swojej „nocki”.

                Dużym problemem był brak odzieży. Domy były doszczętnie splądrowane,                a tego, co przetwało (tak jak w naszej zakopanej skrzyni) nie nosiliśmy, żeby nie wzbudzić podejrzeń u naszych nowych „panów”. W pracy już w ogóle musiałem wyglądać jak włóczęga. Tym bardziej zdumiałem się, gdy polski burmistrz zaproponował mi nawet krzesło, kiedy wniosłem mu wapno czy cement z magazynu.

Wpis z kalendarzyka:

„29 czerwca 1945: Sobótka będzie ewakuowana!”

Nie wiedzieliśmy niczego o efektach postanowień podjętych w Poczdamie, nie mieliśmy też radia, a gazety jeszcze się nie ukazywały. Tego dnia milicjanci chodzili od domu do domu i nakazywali ludziom niezwłoczne stawienie się na rynku w celu wymarszu na zachód. Wyruszyliśmy więc z tatą (mama z Marianne były jeszcze w Kudowie), ciągnąc ręczny wózek wypełniony najpotrzebniejszymi rzeczami. Nagle z tłumu wyłonił się Hubertus Sandmann, z którym pracowałem na budowie i powiedział, że murarze będą jeszcze w Sobótce potrzebni, wobec czego nie podlegają obowiązkowi opuszczenia miasta. Odetchnąwszy z ulgą wróciliśmy do domu. Nocą wróciły też mama i Marianne, bardzo zaniepokojone, ponieważ dowiedziały się po drodze, ze wszystkich Niemców wypędzono! (siostra dostała nawet ataku kolki wątrobowej i w Strzegomianach, leżąc w rowie, skręcała się z bólu). Oczywiście obie nie posiadały się z radości, że mimo wszystko wciąż jesteśmy w domu.

Po około tygodniu pierwsi „wypędzeni” wrócili do miasta. Milicyjna eskorta gnała ich na zachód od wioski do wioski. Pewnego poranka okazało się, że… straże zniknęły! Zawrócili więc i powoli, z olbrzymim wysiłkiem, doszli do Sobótki. Swoje domy zastali splądrowane.

Wpis z kalendarzyka:

10 sierpnia 1945: Klaus Klar zginął na minie.

Z obu stron Czarnej Wody, pomiędzy Sobótką i Rogowem, od połowy lutego do maja miały miejsce najcięższe walki. Łąki po obu stronach rzeczki zaminowano i w tym obszarze dochodziło tuż po wojnie do wielu tragedii. Ofiarami byli zarówno Polacy, jak    i Niemcy, tak jak Klaus, zaledwie czternastoletni chłopiec.

                Któregoś dnia szliśmy w grupie do pracy. Taszczyliśmy, jak zawsze, wózek ze sprzętem i cement wraz z wapnem. W pewnej chwili jakiś milicjant skierował nas jednak w kierunku „granicy” (tak nazywaliśmy płynącą pomiędzy Sobótką a Rogowem Czarną Wodę), aby ratować kogoś, kto wszedł na minę. Zważywszy na to, że podobnych ładunków zakopuje się więcej niż jeden, akcja ta była niebezpieczna dla naszego życia. Obróciliśmy więc wóz tyłem na przód i manewrując dyszlem posuwaliśmy się do przodu. W ten sposób w razie spotkania miny w powietrze wyleciałby wóz, nie my. Na nasze szczęście ktoś już pomógł ofierze (jakiemuś Polakowi) i nie musieliśmy zapuszczać się dalej w ten niebezpieczny rejon.

            Pamiętam, jak kiedyś latem ktoś zawołał mnie na ulicy. To był Johannes Schote, kolega z WPZ i późniejszy kompan z baterii przeciwlotniczej. Leżał w furmance na sianie i na powitanie pomachał mi kikutem nogi. Okazało się, że Johannes przeżył służbę w naszym Heimatflaku we Wrocławiu bez większych ran. Nie chciał trafić do sowieckiej niewoli i wraz z dwoma towarzyszami, Grunertem i Eberhardem Schmidt-Cassdorfem, wymknęli się z opanowanego przez Rosjan Wrocławia. Dotarli bardzo blisko Sobótki, widzieli już miasto w świetle księżyca, ale przechodząc przez druciany płot stanęli na minach i wylecieli w powietrze. Nie wiedzieli, że ów płot otaczał zaminowany obszar… Eberhardowi się udało i pobiegł do najbliższej wioski po pomoc. Wrócił z taczką, na której chciał przewieźć rannych, jednak tym razem także i on wszedł na minę. Znów dopisało mu wielkie szczęście, ponieważ wybuch miny zniszczył jedynie taczkę. Chłopak ponownie pobiegł po pomoc… i więcej już go nie widziano. Jacyś ludzie przetransportowali Johannesa do rosyjskiego lazaretu, gdzie amputowano mu nogę do kolana.

            Najgorsza w tych „polskich czasach” była absolutna niepewność. Człowiek czuł się jakby stąpał przez grzęzawisko: każdy krok był niewiadomą. Do kościoła św. Anny chodziliśmy najkrótszą drogą, przez promenadę, wzdłuż cmentarza (dzisiaj jest to Aleja Św. Anny). Podczas przejścia przez miasto trzeba było się liczyć z tym, że którykolwiek Polak czy Rosjanin mógł Niemca zatrzymać i przymusić go do jakiejkolwiek pracy. Pewnego dnia wtargnęło do naszego (czy jeszcze?) domu kilku milicjantów i pod pretekstem ukrywania broni i radia urządzili rewizję. Tata musiał przerzucić zapas węgla, jaki mieliśmy w szopie. Uczynił to z wielkim trudem, ponieważ w wyniku przejść jeszcze z I wojny światowej pozostało mu tylko jedno płuco, o chorym sercu nie wspominając. Problem polegał jednak na tym, że pod stertą węgla leżała nasza krócica[8], z której strzelaliśmy latem do szpaków obsiadujących wiśnie. Bogu dzięki milicjanci niczego nie odkryli, ale po tym przeszukaniu dom wyglądał tak, jak po naszym powrocie w maju.

            Pamiętam, że gdy w moje urodziny siedzieliśmy razem z Franzem Fischerem, Hubertem Adamitzą, Rudolfem Klennerem i Franzem Klose, przyszedł nasz „pan”, Henryk, i wydało mu się, że spiskujemy. Wściekł się bardzo, a że był kompletnie pijany, z wielkim trudem udało nam się go udobruchać. Przypominam sobie, że jak mama zachorowała zimą na grypę, podał jej – jako lekarstwo – szklankę wódki! Innym razem odkrył w rodzinnym albumie fotografię naszego kuzyna, Arthura Andersa, w czarnym mundurze wojsk pancernych. Ujrzeliśmy potem to zdjęcie, a w zasadzie wyciętą twarz, przyczepione do kuchennej ściany. Okazało się, że Majczyk z powodu czarnego munduru  uważał kuzyna Arthura za esesmana. Cóż, gdybym miał jednym zdaniem opisać naszego „pana”, napisałbym po prostu, że był on właściwie nieobliczalny.

            Poszedłem kiedyś do Thammów. Mieszkali wówczas w kamienicy Reimanna obok hotelu „Zum Goldenen Krone”, ponieważ ich dom oraz lokal firmy zegarmistrzowsko-jubilerskiej przy Strehlenerstrasse spłonęły. Georga, najstarszego syna państwa Thammów, uczyłem angielskiego. To był bardzo dochodowy interes, ponieważ zegarmistrz zarabiał wówczas bardzo dobrze, a przy nim, w skromnym udziale, także    i ja. Tego dnia panowało u Thammów silne poruszenie. Pani Thamm aż się trzęsła. Okazało się, że był u nich jakiś rosyjski żołnierz. Przeszukał szafki w kuchni, powyciągał wszystkie szuflady, wyrzucając ich zawartość. Następnie chwycił najdłuższy nóż  i rzucił się na Georga, wrzeszcząc: „Polski?!” Potem po prostu odszedł. To był w ogóle dosyć dziwny dzień. W tej sytuacji o lekcji angielskiego nie było już mowy, więc wróciłem do domu. Zastałem mamę bardzo wzburzoną:

– Ledwo wyszedłeś i przyszedł jakiś Rosjanin. Pytał o Majczyka, ale go nie było. Nie namyślając się wiele włamał się do pokoju Henryka i chyba czegoś tam szukał. Po chwili wyszedł klnąc pod nosem…

Do dziś nie wiem, o co wtedy chodziło.

Innym razem stałem w ogrodzie koło płotu od strony domu Klosech. Nagle poczułem za plecami czyjąś obecność. Był to ruski sołdat w mundurze czołgisty. Chwała Bogu, karabin wisiał mu na plecach, ale mimo to nie wiedziałem, co zamierza. Powiedział coś do mnie, oczywiście po swojemu. Po niemiecku rozumiał mniej więcej tyle, co ja po rosyjsku: czyli poza „Wojna kaput, do domu!” absolutnie nic. Nasza rozmowa polegała więc na gestykulacji i domysłach. W pewnej chwili Rosjanin sięgnął do kieszeni spodni i wyciągnął garść machorki. Z drugiej kieszeni wystawała mu „Prawda”. Oderwał kawałek gazety i pokazał mi, w jaki sposób skręcić papierosa. Po chwili zapaliliśmy, można by rzec, „fajkę pokoju”. Jestem bardzo wdzięczny temu „Iwanowi” za ludzki gest. Mam nadzieję, że dobrze mu się powodzi, gdziekolwiek jest – pomiędzy Moskwą a Kamczatką!

Na początku listopada zamknięto większość dawnych „towarzyszy partyjnych”, a przy tym także mojego szefa z budowy, Bertholda Sandmanna oraz jeszcze jednego kompana z murarskiej ekipy, Benthuesa, który przed wojną był adwokatem.    Z tego co wiem, w sobóckim areszcie potraktowano zatrzymanych bardzo źle, następnie przetransportowano ich do Wrocławia na Kletschkaustrasse. Pan Sandmann leżał potem długo w szpitalu w Sobótce, z czego przez trzy tygodnie nieprzytomny walczył ze śmiercią. Naszego sąsiada, Georga Klosego, który – podobnie jak tata – nigdy nie był  w NSDAP, milicjanci zatrzymali bez podania jakichkolwiek zarzutów. Zwolniono go po trzech dniach. Lepiej nie pytać, w jakim był stanie… Zrozumiałem, że nad Niemcami pojawiło się nieprzewidywalne zagrożenie.

Pomimo nieprzychylnej rzeczywistości próbowaliśmy kształtować nasze życie w wartościowy sposób. W tym celu podejmowaliśmy rozmaite aktywności, związane najczęściej z Domem Św. Ignacego albo kościołem parafialnym, o czym wspominałem już wcześniej[9].

Pod koniec lata zmieniło się szefostwo naszej ekipy budowlanej. Pojawił się „Błękitek”. Był to młody Polak, który twierdził, że jest inżynierem budowlanym. Zarządzał obiema ekipami, czyli murarską i dekarską. Nie pokazywał się bez szykownego, jasnoniebieskiego kapelusza z weluru, stąd właśnie wzięło się jego przezwisko. Mniej więcej od tego momentu dostawaliśmy nawet wypłatę: 50 złotych tygodniówki, co wystarczało akurat na chleb. Pewnej soboty, czyli w dzień wypłaty, „Błękitek” nie pojawił się w pracy. Po prostu przepadł – z naszymi pieniędzmi!

A jak zakończył się 1945 rok?

Zrealizowaliśmy zlecenie, którego rezultaty widoczne są do dzisiaj. Ale po kolei…

W 1813 roku we Wrocławiu utworzono korpus ochotników[10], którego centrum rekrutacji znajdowało się w zajeździe przy ulicy Schmiedebrücke[11]. Korpusem tym dowodził baron von Lützow[12], a jego formowanie odbywało się w Sobótce. Przed wyruszeniem na wojnę z Napoleonem żołnierze zostali pobłogosławieni w kościele w Górce. Dlaczego nie w Sobótce? Ponieważ nie było u nas jeszcze kościoła ewangelickiego, ale za to sto lat później odsłonięto przy wschodniej ścianie świątyni parafialnej pomnik ku czci wojska Lützowa. Autorem monumentu był wrocławski artysta, profesor von Gosen[13]. Rzeźba przedstawiała modlącego się jeźdźca z korpusu Lützowa[14], dosiadającego nadnaturalnej wielkości dzianeta. Całość stała na granitowym cokole z dwiema tryskającymi wodą lwimi głowami.

Polak kierujący wykonaniem zadania, pan Letwont, zwołał naszą grupę na 31 grudnia[15]. Okazało się, że będziemy rozbierać pomnik. Kiedy udało się tego kamiennego olbrzyma odchylić za pomocą wyciągarek o około 30 stopni, wlazłem po drabinie na górę i założyłem jeźdźcowi pętlę na szyję.  Za drugi koniec ciągnęła na dole grupa Niemców, których chłostał przy tym polski nadzorca. Figura powoli zaczęła się pochylać, w końcu z przeraźliwym łoskotem grzmotnęła o granitowy cokół, roztrzaskując się przy tym na kilka części. Ten dźwięk pamiętam do dziś…[16]

Pomimo pracy w sylwestra udało nam się jednak powitać Nowy Rok razem. Pamiętam, że Franz Fischer życzył mi… dalekiej podróży!

Zimą na budowach nic się nie działo. W lutym przeszedłem do ekipy dekarskiej, w której pracowali majster Barth, Paul Kluge, Jonas, Alfred Bittner (mistrz blacharski) oraz Huber Adamitza i ja – jako pomocnicy. Pierwszym zadaniem dla tej brygady była reperacja dachu w Domu Strzeleckim[17]. Zlecenie wykonaliśmy brodząc w śniegu. Poza tym nasza praca polegała na naprawianiu uszkodzonych w czasie wojny dachów w domach naszych nowych „panów”. Najbardziej ciekawym zadaniem było jednak czyszczenie wnętrza kominów browaru w Górce. Odziani w kąpielówki, z workami na głowach, trzymając miotły z chrustu, posuwaliśmy się wewnątrz komina dzięki uchwytom na samą górę – aż mogliśmy wyjrzeć na zewnątrz z samego wierzchołka. To była ciężka robota, ale dostawaliśmy za to porządny obiad i nawet piwo!

Mam pamiątkę po majstrze dekarskim Barthu: skórzany portfel, którego nadal używam przyjeżdżając na Śląsk. Idealnie pasuje do polskich pieniędzy! Portfel ów dostałem od niego w zamian za sweter Wehrmachtu, który był za duży i na mnie, i na tatę (w ostatnich dniach wojny jakiś żołnierz wymienił go u nas na cywilne łachy). Takie to już były czasy, że kiedy czegoś nie dało się kupić, można było to zdobyć poprzez wymianę.

Najstraszniejsze, co przeżyłem w ciągu tego powojennego roku, zdarzyło się 17 maja 1946. Wracaliśmy około wpół do ósmej z Franzem Fischerem i Peterem Hartmanem z majówki. Koło bramy domu Georga Klosego tłoczyła się grupa ludzi, żywo   o czymś dyskutując. Dowiedzieliśmy się, że w rowie obok willi Beyerów leży broczący krwią mężczyzna. Był to „Papa” Kneifel, emerytowany nauczyciel przyrody w WPZ. Pobiegliśmy natychmiast we trójkę do szpitala po nosze. Nie mogę, wręcz nie chcę opisywać wyglądu naszego starego profesora…

Mały, siedmioletni wówczas Peter Klose opowiedział, że Papa Kneifel siedział sobie na ławce przy promenadzie. Tam napadło na niego dwóch Polaków, którzy go – starego, bezbronnego człowieka – dotkliwie pobili, a potem wielokrotnie ugodzili nożami, następnie wrzuciwszy do rowu – uciekli.

Zanieśliśmy ciężko rannego do szpitala. Jakież było nasze zaskoczenie, gdy nie chciała nas wpuścić katolicka, niemiecka (!) zakonnica, ponieważ nie mieliśmy… pozwolenia od polskiego burmistrza!

Koło 22.30 w wyniku odniesionych ran profesor Kneifel zmarł. Dwaj polscy lekarze, którzy się nim zajmowali, ustalili poza obrażeniami wewnętrznymi 41 ran zadanych przez pchnięcie nożem. Nic mi nie wiadomo na temat schwytania sprawców.

Wojna skończyła się ponad dwanaście miesięcy temu. Nam wciąż nie przysługiwały żadne prawa…

Przekład, opracowanie i przypisy: Michał Skrzypek


[1] Trzy wojny w latach 1740-1763 pomiędzy habsburską Austrią a Prusami Hohenzollernów. W ich wyniku większość Śląska, wraz z ziemią kłodzką, znalazła się w państwie pruskim.

[2] Autor wcześniej pisał, że jego rodzice ów dom odziedziczyli (patrz też: „Willa Partschów”).

[3] Pustków Żurawski, wieś w gminie Kobierzyce, do 1937 r. nazywała się Puschkowa

[4] Produkt uboczny w przemyśle cukrowym, wysłodki znajdują zastosowanie jako pasza dla bydła.

[5] „Do organizacji życia podbitej ludności i zwycięzców konieczne było nawiązanie kontaktu między komendantami radzieckimi w powiatach a przedstawicielami miejscowej społeczności. Często byli to dawni urzędnicy lub ujawniający się gdzieniegdzie niemieccy komuniści i antyfaszyści. Niemieckie zarządy działały w Dzierżoniowie, Ząbkowicach, Kłodzku, Bystrzycy, Wałbrzychu i Kamiennej Górze. Istniała tam nawet niemiecka milicja (…) Zmiany granic nie były jeszcze określone, nie wiedziano o nich lub nie wierzono w nie, a kontakty pomiędzy komendantami  i przedstawicielami Niemców łudziły tych ostatnich, że ziemie te stanowią po prostu tereny okupowanych Niemiec. Po zakończeniu wojny Rosjanie mieli odejść na wschód”. M. Ruchniewicz, Dolny Śląsk w latach 1945-2005, [w:] Dolny Śląsk. Monografia historyczna, red. W. Wrzesiński, Wrocław 2006, s.639.

[6] Niemcy nadwołżańscy byli potomkami zesłańców wywiezionych w głąb carskiej Rosji. Centralnym ich skupiskiem było miasto Pokrowsk (od 1924 r. Engels). W obrębie Związku Radzieckiego utworzyli Autonomiczną Socjalistyczną Republikę Radziecką Niemców Nadwołżańskich (Autonome Sozialistische Sowjetrepublik der Wolgadeutschen ), liczącą  w 1941 r. ok. 600.000 mieszkańców, z czego dwie trzecie było pochodzenia niemieckiego. Na terenie Polski pojawiali się jeszcze w czasie okupacji, zajmując gospodarstwa po wysiedlonych Polakach. Bogdan Hasiński z Gostynia wspomina to tak: „W 1941 roku zaczęły się masowe wywózki Polaków z miasta  i wsi do Generalnego Gubernatorstwa. Na ich miejsce, szczególnie na wsiach, przybywały tabuny brudnych pseudo-Niemców (…) pod koniec 1941 r. zaczęły napływać całe watahy Wolgadeutsche (…) Całe to tałatajstwo było szczególnie wredne, z wszystkimi nawykami ruskiego kraju, w którym się wychowywało. To oni, nie znając nawet dobrze niemieckiego, wyzywali nas „verfluchte Polen” i kopali. Były to szczeniaki w naszym wieku, łażące w takt werbli i trąbek, ubrane w te ich mundurki Hitlerjugend” (B. Hasiński Wspomnienia z wojny 1939-1945, cz. IV [w:] Nowa gazeta gostyńska, nr 24/09, s.8).

[7] Wg oficjalnych danych pierwsi polscy osadnicy przybyli już 28 maja 1945 (www.sobotka.pl/kalendarium_historyczne, stan na dzień 29 czerwca 2009 r.).

[8] Historyczna broń palna, jej cechą charakterystyczną była krótka lufa.

[9] por. rozdziały „Dom rekolekcyjny Św. Ignacego” i „Kościół Św. Jakuba”.

[10] Freikorps.

[11] dzisiaj: ul. Kuźnicza.

[12] Ludwig Adolf Wilhelm von Lützow (1783-1834) rozpoczął formowanie swojego freikorpsu 3 lutego 1813 roku w odpowiedzi na odezwę cesarza Fryderyka Wilhelma III. Korpus wyruszył z Rogowa 27 marca 1813 r. Oddział składał się głównie z młodych ludzi, a najbardziej znanym był poeta Theodor Körner, adiutant von Lützowa, który poległ 26 sierpnia 1813 r. (w Sobótce Körner zatrzymał się w domu przy Schweidnitzerstrasse, dzisiaj znajduje się tam tablica upamiętniająca ten fakt). Korpus von Lützowa specjalizował się w działaniach zaczepnych i partyzanckich wobec oddziałów francuskich. Został rozbity w czerwcu 1813 roku, samego dowódcę uznano jednak za bohatera narodowego i najsłynniejszego oficera w czasie wojny z Napoleonem. Barwy korpusu: czarne mundury, czerwone wypustki i złote guziki stanowią dzisiaj barwy narodowe Niemiec.

[13] Theodor von Gosen (1873-1943), rzeźbiarz i medalier niemiecki, profesor Królewskiej Szkoły Sztuki we Wrocławiu (1905-1932).

[14] „Der betende Lützower”, sam autor pracę nad pomnikiem wspominał tak: „Od roku 1910 do 1913 zajęty byłem wielkim jeźdźcem dla Sobótki. Abstrahując od niezwykle trudnego zadania, jakie stanowi postać jeźdźca, zwłaszcza, że nie miałem w tej materii żadnego doświadczenia, praca była także z czysto technicznego punktu widzenia niezwykle złożona. Wysoki na prawie 4 metry jeździec został wykuty       z jednej bryły. Ciężko było uzyskać odpowiedni nienaruszony blok skalny. Cztery takie bloki wydobyto  z kamieniołomów z okolicy Würzburga, zanim uzyskano odpowiedni. Kolejny problem stanowił transport. Przewóz koleją nie przysporzył szczególnych kłopotów, ale przetransportowanie głazu z dworca w Sobótce do położonego na wzniesieniu kościoła nie było proste. Z kamieniołomów w Radkowie trzeba było sprowadzić ciężki wóz z szóstką koni, podeprzeć wszystkie mosty na drodze, ją zaś samą – jako że działo się to zimą i było ślisko – wysypać piaskiem. Najtrudniejsze było ustawienie bloku kamiennego na wąskim, szerokim tylko na metr postumencie. (…) Wokół bloku w Sobótce zbudowano następnie szopę z desek, w której potem wraz z trzema kamieniarzami całymi miesiącami wykonywałem pracę w kamieniu.” (T.von Gosen, Autobiografia [w:] Jan Sakwerda, Theodor von Gosen. Medale, Wrocław 1993, s.16-17, tłum. W. Bielik)

[15] Autor dodaje, że członkiem ekipy był również rzeźbiarz o nazwisku Allert. Niestety nie udało mi się odnaleźć informacji nt. tego artysty.

[16] Historia o rozbiórce pomnika jest o tyle ważna, że różne źródła ( m.in. strona internetowa Ossolineum: www.oss.wroc.pl/dobrzyniecki) jako datę rozbiórki podają rok 1948. Ponadto krąży plotka, jakoby figura nie uległa zniszczeniu i zakopano ją gdzieś w całości.

[17] Schützenhaus – strzelnica.

 

Zjazd stowarzyszenia Obywatelski Dolny Śląsk

W niedzielę 17 marca, w wypełnionej po brzegi sali konferencyjnej Zakładu Narodowego im. Ossolińskich odbyło się spotkanie członków stowarzyszenia Obywatelski Dolny Śląsk. Głos zabierali reprezentanci ODŚ z całego regionu. Dominującym tematem rozmów był rozwój i plany stowarzyszenia na przyszłość, jakkolwiek w wystąpieniach nie zabrakło odniesień do bieżących spraw mieszkańców Dolnego Śląska. Wśród prelegentów znaleźli się m. in.  prezydent Wrocławia i prezes stowarzyszenia Rafał Dutkiewicz, radni Rady Miejskiej Jarosław Krauze i Jerzy Michalak, starosta powiatu świdnickiego Zygmunt Worsa, wiceprezes ODŚ Jerzy Zieliński oraz radni Sejmiku i członkowie Zarządu ODŚ: Andrzej Łoś, Paweł Wróblewski, Patryk Wild.

Continue reading

Dusza uwięziona w przedmiotach

Zapraszamy na wystawę przedmiotów z „duszą” do Galerii 56 przy Powiatowym Centrum Edukacji i Kultury w Oleśnicy. Pomimo, że to miejsce głównie odwiedzają oleśniczanie, próżno szukać jakiejkolwiek informacji na ten temat na oficjalnym serwisie miasta. Nadrabiamy tę lukę.

Część z eksponatów rzeczywiście ma „prawdziwą duszę” –  metalowy wkład grzejny, który został tak nazwany, gdyż dawniej uważano, że tak jak dusza nadaje życia ciału, tak żelazko żyje dzięki „duszy”. Rozgrzanej.

Pozostałe, choć „duszy” nie mają, to zaliczają się do tych „z duszą”, gdyż tak zwykliśmy mówić, zafascynowani pięknem zabytkowych przedmiotów. Skąd się to wzięło? Pewnie z dawnych wierzeń. Ludzie pierwotni byli przekonani, że każdy przedmiot /narzędzie, broń/ mają swojego ducha. Według starożytnych Rzymian duchy opiekuńcze mieszkały w posiadanych przez nich przedmiotach. Natomiast Celtowie wierzyli, że dusze tych, którzy odeszli zostają uwięzione w niższej istocie /roślinie, zwierzęciu czy przedmiocie nieożywionym/ do czasu, kiedy zostanie czyjąś własnością.

W świecie masowej produkcji, normalizacji, unifikacji, zafascynowani jesteśmy materiałem, formą i śladem ręki wytwórcy czyli tym, co tworzy „duszę” przedmiotu.

Zapewniamy, że zgromadzonym na wystawie przedmiotom warto poświęcić odrobinę uwagi, doceniając ówczesnych rzemieślników o wyrafinowanych potrzebach estetycznych. Trzeba też pamiętać o muzealnikach i prywatnych kolekcjonerach, którzy chronią zabytkowe przedmioty przed zniszczeniem, z myślą o tym, że czasem watro zaglądnąć do przeszłości.

Kolekcjonerzy:

Adam Fedorowicz, Marek Górnicki, Zbigniew Hyszczyn, Rafał Komin, Katarzyna Kubik, Danuta Obrębska-Kubik (jednocześnie autorka wystawy) i Paweł Zborowski

O wystawie można przeczytać również u pana Marka Nienałtowskiego: http://www.olesnica.org/Wystawa_zelazka.htm oraz na stronie PCEiK-u: http://www.pceik.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=151:one-maj-dusz-wystawa-starych-elazek-w-galerii-56&catid=1:pceik

Wystawa w Galerii 56 przy Powiatowym Centrum Edukacji i Kultury (ul. Wojska Polskiego 56) czynna będzie do 30 stycznia 2013.

PS. Mówi się, że żelazko wymyślono na zgubę kobiet. Zanim jednak kobiety zaczęły wykonywać pracę trudną i męczącą, która mogła doprowadzić do bólu głowy, gdyż z żelazka „na węgiel” często wydobywał się czad, do prasowania wynajmowano fachowców. W dawnej Polsce specjalizowali się w tym głównie żydowscy krawcy, których wędrowne grupy świadczyły usługi w miastach i dworach. Ot, ciekawostka.

Stowarzyszenie Dla Oleśnicy

Ratunek kolejowych żurawi i pozyskanie zabytkowego parowozu – coraz bliżej

W ostatni piątek października Stowarzyszenie Miłośników Techniki Olsensium zorganizowało spotkanie dotyczące odremontowania kolejowych żurawi wodnych oraz pozyskania dla miasta zabytkowego parowozu. Stowarzyszenie Dla Oleśnicy reprezentował Michał Skrzypek, który potwierdził uczestnictwo Dla Oleśnicy we wspólnym przedsięwzięciu.

Wśród obecnych byli także Marek Nienałtowski, przewodniczący Rady Powiatu Walerian Pietrzak, wiceburmistrz Piotr Pawłowski, przedstawiciel Stowarzyszenia Przyjaciół Lotniska Zdzisław Kierkicz, przedstawicielka posła M. Jarosa oraz reprezentanci kolei, emerytowani pracownicy ZNTK, a także członkowie i sympatycy stowarzyszenia Olsensium.

Prowadzący spotkanie Marek Kamaszyło przedstawił projekt renowacji czterech żurawi, zlokalizowanych na terenie stacji kolejowej w Oleśnicy. SMT Olsensium uzyskało ze strony PKP PLK oraz PKP Nieruchomości wszelkie wymagane zgody potrzebne do przeprowadzenia odnowienia niszczejących urządzeń, które przed laty służyły do zaopatrywania parowozów w wodę. Projekt pozytywnie zaopiniował też wojewódzki konserwator zabytków. Wciąż jednak konieczne jest uzyskanie pozytywnej opinii kolejnej spółki PKP, tym razem odpowiedzialnej za wysokie napięcie.

– Niestety nie możemy przystąpić do pracy, ponieważ PKP Energetyka warunkuje wydanie zgody na  renowację pokryciem przez nas wszelkich kosztów związanych z uziemieniem obiektów oraz odłączeniem prądu w trakcji kolejowej – powiedział M. Kamaszyło – naszym zdaniem takie czynności nie są konieczne, chcemy zdemontować niszczejące żurawie i odnowić je poza terenem kolejowym. Na opłaty oczekiwane przez kolej po prostu nas nie stać, ale jeszcze rozmawiamy, nie składamy broni i wierzę, że oleśnicke żurawie odzyskają dawny blask. Pomijam fakt, że należy uprzednio wpłacić stosowną kaucję. Czyli kolej łaskawie zgodzi się, żebyśmy coś odremontowali, ale najpierw musimy jej zapłacić – spuentował Kamaszyło.

SMT Olsensium podejmuje też wysiłki zmierzające do pozyskania dla Oleśnicy parowozu. Marek Kamaszyło podkreślił, że miasto nierozerwalnie związane jest z koleją od ponad stu czterdziestu lat, a w nadchodzącym roku wiek istnienia świętować będą warsztaty kolejowe, przekształcone po wojnie w ZNTK Oleśnica.

– Mało kto wie, że tylko po wojnie wyremontowano w Oleśnicy ponad dwadzieścia tysięcy parowozów. Chcielibyśmy pozyskać taki stary parowóz, do remontu, i uruchomić go. Nie jest naszym celem stworzenie skansenu, czyli zbioru obiektów „do pooglądania”, ale czegoś w rodzaju parku technologicznego, z urządzeniami sprawnymi, gotowymi do ruchu.

Miłośnicy techniki postarali się o referencje od starosty Z. Potyrały oraz szefa Rady Miasta Oleśnica R. Zelinki. Ich wysiłki wsparł też przewodniczący „Solidarności” w ZNTK Oleśnica S.A, J. Matuszczak. Oglądali parowozy w prawie całym kraju, ich celem jest model Ty-2, produkowany przez III Rzeszę parowóz towarowy, którego wiele egzemplarzy zostało po wojnie w Polsce. Były one też serwisowane przez oleśnickich specjalistów w ZNTK, co nie jest bez znaczenia w kontekście renowacji Ty-2 w Oleśnicy, zakładając, że uda się go pozyskać.

– Nasze działania wsparło sześćdziesięciu byłych i obecnych pracowników ZNTK, którzy zadeklarowali swoją pomoc przy remoncie pojazdu – podkreślił Kamaszyło.

SMT Olsensium zlokalizowało upragniony Ty-2 w parowozowni Wolsztyn. Parowóz jest w miarę w dobrej kondycji. Na ręce wicedyrektora ds. eksploatacyjnych i technicznych wolsztyńskiej parowozowni Wojciecha Marszałkiewicza złożono stosowne pismo, adresowane do PKP Cargo.

– Są duże szanse, że pozyskamy ten parowóz. Wtedy jednak pewno zaczną się „schody”, bo taki pojazd musi gdzieś stać, musi mieć miejsce do remontu, w końcu musi mieć po czym jeździ, ale i tak nie zrezygnujemy – zakończył przedstawiciel stowarzyszenia.

Po przerwie dyskutowano o zaprezentowanych pomysłach. Nie było już przedstawicieli samorządu. Panowało ogólne przeświadczenie o słuszności podjętych przez SMT Olsensium wysiłków. Swoimi doświadczeniami w forsowaniu własnych projektów dzielił się też Z. Kierkicz, opowiadając o kulisach pozyskania dla powiatu terenu po byłym lotnisku. O opinię poproszono też Michała Skrzypka ze stowarzyszenia Dla Oleśnicy, który na początku podziękował za zaproszenie i dodał, że nie jest tajemnicą, iż wielokrotnie rozmawiał z Markiem Kamaszyło o przedstawianych sprawach.

– Nigdy nie miałem wątpliwości, że są w Oleśnicy ludzie myślący nieszablonowo, pasjonaci i eksperci, którzy potrafią realizować nawet najbardziej, wydawałoby się, szalone plany. Przykład z odzyskanym terenem lotniska potwierdza, że determinacja i pasja, poparte precyzyjnym planem, mogą doprowadzić do sukcesu nawet w sporach z nieprzychylnymi instytucjami – powiedział Skrzypek – Nasze miasto było znane w całej Polsce z co najmniej trzech rzeczy: wojska, butów i kolei. Oleśnica kojarzyła się głównie z odbywaną tu kiedyś służbą wojskową, obuwiem z „Odry” lub taborem kolejowym sygnowanym nazwą „ZNTK Oleśnica”. Teraz stolica poważnego powiatu nie ma żadnej historii, takiej opowieści o sobie. Nikomu z niczym się nie kojarzy, hasło „Oleśnica” daje w Internecie wyniki związane z tzw. deklarzami. Kupuje się sztuczne symbole dla miasta o bogatych dziejach, zamiast ku nim się zwrócić i – nie bójmy się tego powiedzieć – wykorzystać. Zastosować promocyjnie. Opowiedzieć o Oleśnicy również poprzez dbałość o jej przeszłość i szacunek dla pracy pokoleń oleśniczan – mówił M. Skrzypek – Na zloty starego taboru przyjeżdża kilkadziesiąt tysięcy ludzi z całego świata, są też przedstawiciele biznesu. Proszę sobie wyobrazić pięknie odrestaurowany parowóz z herbem Oleśnicy, a może nawet cały zabytkowy skład i oleśniczan w strojach z epoki. To bardzo nośne narzędzie marketingowe. Stowarzyszenie Dla Oleśnicy włącza się w przedstawione projekty i nasi przyjaciele z Olsensium uzyskają z naszej strony wszelką możliwą pomoc dla tego dzieła – zakończył Skrzypek, którego wystąpienie zgromadzeni nagrodzili brawami.

Obecni na spotkaniu podkreślali pozytywną atmosferę i wyrażali swoje uznanie dla uporu Marka Kamaszyło.

– Tylko nie nazywajcie nas kolejarzami – śmiał się szef Olsensium – jesteśmy apolitycznymi miłośnikami techniki jako takiej, mamy też wozy bojowe i armatę, a żurawie i parowóz to tylko wycinek naszych zainteresowań.

Wszelkie informacje na temat działania stowarzyszenia Olsensium można uzyskać na stronie www.olsensium.pl. Zainteresowani wsparciem mogą się kontaktować bezpośrednio z Markiem Kamaszyło: maquis@interia.pl, lub Michałem Skrzypkiem: michalskrzypek@dlaolesnicy.org.

Zdjęcia pochodzą z archiwum SMT Olsensium.

Akcja Akacja, Akcja Dąb – Niezwykli Dolnoślązacy 2012

9 października Dolnośląska Federacja Organizacji Pozarządowych zakończyła przyjmowanie zgłoszeń do konkursu „Akcja Akacja, Akcja Dąb – Niezwykli Dolnoślązacy 2012”.

Idea konkursu, jego regulamin i wszystkie pozostałe informacje znajdują się na stronie internetowej DFOP.

Lista laureatów konkursu zostanie ogłoszona 30 października.

 

Stowarzyszenie „Dla Oleśnicy” zgłosiło do konkursu kandydaturę pana Marka Nienałtowskiego, uznając, że bez wątpienia jest niezwykłym Dolnoślązakiem i zasługuje na to prestiżowe wyróżnienie.

 

Trzymajmy kciuki i miejmy nadzieję, że niewątpliwe zasługi pana Marka Nienałtowskiego dla Oleśnicy zostaną wreszcie uhonorowane i nagrodzone.

Budżet Miasta Oleśnicy 2013

Korzystając z zaproszenia Urzędu Miasta Oleśnicy, stowarzyszenie „Dla Oleśnicy” złożyło 28 września dwie propozycje do budżetu miasta na 2013 rok.

 

EKO LOKO

https://www.facebook.com/photo.php?fbid=189363781193681&set=a.164724560324270.35618.159777414152318&type=1

Pamięci Podiebradów

W sobotę 26 maja 2012 r. na dziedzińcu oleśnickiego zamku – towarzysząc niezwykłej inscenizacji historycznej – pojawiła się wystawa zatytułowana „Pamięci Podiebradów. Oleśnica i księstwo w latach 1495 – 1647”.

 

 

Pojawiła się na jeden dzień i … można by sądzić, że zniknęła. Continue reading